Franck Muller to jedna z najbardziej charakterystycznych stylistycznie luksusowych manufaktur, dla której przeskalowane indeksy w postaci barokowych cyfr, koperty w stylu tonneau i kolorowe tarcze to w zasadzie elementy nierozłączne. W 2012 roku japońska spółka Dinks postanowiła stworzyć parodię tego stylu. Jak się okazało żart szybko przerodził się w całkiem poważny biznes. Osakijska spółka stworzyła markę Frank Miura, której zegarki do złudzenia przypominały genewskie oryginały, ale były celowo „przekręcone”: inaczej podpisane, dużo tańsze i wyraźnie parodystyczne, bliżej im było do festynu niż najniższej półki w salonie zegarkowym.
Kluczowy element “żartu” oparty był o charakterystykę języka japońskiego. Fundamentem marki była gra słowna, zrozumiała głównie dla rodzimego konsumenta. W Japonii nazwę Franck Muller wymawia się fonetycznie w sposób bardzo zbliżony do „Frank Miura”. Dinks postanowiło złożyło wniosek o rejestrację znaku słownego „Frank Miura” w japońskim zapisie kanji‑kana: フランク三浦.
Kruczek tkwił w formie zapisu. Podczas gdy szwajcarski oryginał zapisuje się katakaną (alfabetem dla słów obcych), "Miura" został zapisany znakami kanji (三浦) – jako typowe, pospolite japońskie nazwisko. W ten sposób egzotyczny, genewski jegomość z wyższych sfer stał się swojskim "Frankiem Miurą z sąsiedztwa".
W 2012 roku znak フランク三浦 został zarejestrowany w Japońskim Urzędzie Patentowym (JPO) dla zegarków produkowanych przez Dinks. Modele Frank Miura natychmiast przyciągały uwagę – nie tylko ze względu na design inspirowany Franck Mullerem, ale też absurdalnie niską jak na tę stylistykę cenę rzędu kilku tysięcy jenów, czyli ułamek tego, co trzeba zapłacić za prawdziwego Mullera.
Genewska manufaktura postanowiła zareagować. W 2015 roku złożyła sprzeciw, wskazując na podobieństwo oznaczeń i pasożytnicze żerowanie na renomie marki. JPO przychylił się do argumentów Szwajcarów i unieważnił rejestrację znaku フランク三浦, powołując się na przepisy zakazujące rejestracji znaków podobnych do wcześniejszych, renomowanych znaków i mogących wprowadzać konsumentów w błąd co do pochodzenia towarów.
W tym momencie historia mogłaby się zakończyć klasycznie: duży, luksusowy brand broni swojej tożsamości, lokalny „żartowniś” przegrywa i znika. Ale to jest Japonia. Tam mają automaty z cukierkami o smaku rosołu, sklepy z używaną bielizną i profesję upychacza w metrach, który układa pasażerów niczym tetris, nim zamkną się za nimi drzwi w składzie kolejowym. Nic w tym dziwnego, że i sprawy własności intelektualnej potrafią pójść w “ciekawym” kierunku.
Dinks zaskarżyło decyzję Urzędu do Wysokiego Sądu Własności Intelektualnej w Tokio (Intellectual Property High Court). Sprawa zakończyła się wyrokiem z 12 kwietnia 2016 roku. Sąd uchylił decyzję JPO i uznał, że znak フランク三浦 nie jest podobny do oznaczenia Francka Mullera w rozumieniu japońskiej ustawy znakowej. Kluczowe elementy uzasadnienia można streścić w kilku punktach:
- różnica w koncepcji i zapisie - sąd podkreślił, że choć wymowa „Franck Muller” i „Frank Miura” jest podobna, to zapis jest istotnie inny: luksusowa marka funkcjonuje w Japonii jako „フランク ミュラー” – nazwisko zapisane katakaną jako obce, zagraniczne, natomiast Frank Miura to „フランク三浦” – „Miura” zapisane w kanji jako typowo japońskie nazwisko. Dla japońskiego konsumenta to nie są po prostu dwa warianty tego samego nazwiska, tylko zupełnie inne „persony”.
- brak realnego ryzyka konfuzji - sąd uznał, że przeciętny nabywca zegarków w Japonii potrafi odróżnić produkty na kilku poziomach:
- różnica w cenie jest kolosalna – Franck Muller to zegarki na poziomie często powyżej 1 mln jenów, Frank Miura krąży w okolicach 4–6 tys. jenów;
- różni się kanał dystrybucji i ogólne „otoczenie” produktu: butik kontra popkulturowy gadżet. Przy takiej dysproporcji trudno zaakceptować, że ktoś kupi Frank Miura w przekonaniu, że to Franck Muller – raczej traktuje go jako pastisz, świadomą namiastkę lub żart.
- parodystyczny charakter - sąd nie nazwał tego wprost „parodią” w sensie prawa autorskiego, ale uznał, że ta gra z wizerunkiem mieści się jeszcze w granicach dozwolonego użycia znaku towarowego jako odrębnej marki.
W efekcie Wysoki Sąd Własności Intelektualnej przywrócił ochronę dla znaku フランク三浦, odwracając wcześniejsze unieważnienie dokonane przez JPO.
Franck Muller nie zamierzał odpuścić i skierował sprawę do Sądu Najwyższego Japonii, składając skargę na wyrok Wysokiego Sądu Własności Intelektualnej. Rozpatrywała ją pierwsza izba Sądu Najwyższego zajmująca się m.in. sprawami gospodarczymi i własności intelektualnej.
Na początku marca 2017 roku Sąd Najwyższy oddalił skargę, tym samym wyrok został uprawomocniony. W praktyce oznaczało to, że rejestracja znaku フランク三浦 zostaje utrzymana, a Dinks może nadal legalnie używać nazwy „Frank Miura” jako znaku towarowego na zegarkach;
Frank Miura nie pozostał jednorazowym żartem – to marka, która konsekwentnie buduje swoją „anty‑luksusową” narrację. W ofercie pojawiły się dziesiątki modeli: edycje lokalne, wariacje kolorystyczne, projekty balansujące na granicy kiczu i świadomej ironii, takie jak chociażby „King Macau Gamble Watch”.
Historia Miury pokazuje, że między bezczelnym podrabianiem a legalną, kreatywną grą z cudzym wizerunkiem jest wciąż sporo miejsca – o ile różnią się zapis, koncepcja, cena i grupa docelowa, a konsument faktycznie wie, co kupuje.
Łukasz "Gondi" Grządziela
Wsparcie strony: buycoffee.to
sprawdź Instagram
wejdź na grupę
wyślij maila
~ Johann Wolfgang Goethe
nie ma wartości równej wartości czasu