Czy warto pytać Churchilla która godzina? 
Lip T24 i T26 - recenzja 
28 lutego 2026

ZNACZONE KARTY

 

W świecie zegarków funkcjonuje szereg firm, które w komunikacji marketingowej mogą grać kartą naznaczoną ważnym, historycznym wydarzeniem lub zapisanym na niej sławnym nazwiskiem. Są wśród nich firmy, które mogą zagrać kartę naznaczoną jednym i drugim. Jedną z nich jest francuska marka Lip. Nie będę ukrywał, że bywam podatny na tego rodzaju zagrywki. Lubię, gdy za zegarkiem stoi jakaś historia, nazwisko lub wydarzenie. To dodaje smaku.

Doskonałym przykładem zegarka, który zyskał status legendy budując swoją pozycję na niewątpliwie nośnej historii jest chociażby Omega Speedmaster “Moonwatch”. Pierwszy zegarek noszony na Księżycu. To budzi wyobraźnię i sprawia, że można mieć poczucie posiadania czegoś wyjątkowego. Omega gra tą kartą nieustannie i bardzo skutecznie, bo to po prostu działa. Dziedzictwo Moonwatcha to potężne narzędzie w arsenale marketingowych zagrywek. Jak pod tym względem wypada Lip? Skromniej. Co nie oznacza, że gorzej.

Francuska marka ma na swoim koncie wiele sukcesów, których konkurencja mogłaby jedynie pozazdrościć. Historia marki to fascynująca sinusoida wzlotów i upadków, nierozerwalnie spleciona z losami Francji. Założona w 1867 roku przez Emmanuela Lipmanna firma, przez lata była synonimem innowacji i mądrze prowadzonego przedsiębiorstwa. Przez długi okres wiodła prym na rodzimym rynku.

W roku 1900 dysponowała już własnym mechanizmem. W roku 1904 wprowadziła jedne z pierwszych na świecie zegarków z fosforyzującymi tarczami, do czego wykorzystano odkryty przez Pierre’a Curie i Marię Curie-Skłodowską rad. W latach 30. powstaje ikoniczny mechanizm T18, który staje się wizytówką marki.

W kolejnych latach przedsiębiorstwo nie przestaje zaskakiwać opracowując między innymi pierwszy elektryczny zegarek w Europie oparty na mechanizmie R27. Tworzy kultowe modele, jak Himalaya, z którym Maurice Herzog zdobywa szczyt Annapurny oraz Nautic-Ski - pierwszy francuski zegarek nurkowy z wodoszczelnością na poziomie 200 metrów. Podejmuje współpracę między innymi ze słynnym designerem Rogerem Tallonem, co zaowocowało powstaniem absolutnie kultowej linii Mach 2000.

Przez dekady Lip stanowił potęgę na francuskim poletku i z powodzeniem działał na arenie międzynarodowej. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że to dzięki francuskiemu potentatowi rozwinął się radziecki przemysł zegarmistrzowski. Kto wie, gdzie byłaby marka dzisiaj, gdyby nie lata 70., które okazały się dla niej zabójcze.

Marka upadła, by powrócić w latach 90. za sprawą Jean-Claude’a Sensemata, a następnie trafiła do firmy  Manufacture Générale Horlogère (MGH). Znak towarowy Lip zdobił tanie i niskiej jakości czasomierze, które można było nabyć w supermarketach. Taki obrót spraw miał miejsce aż do roku 2014, kiedy to Philippe Bérard, założyciel Société des Montres Bisontines  z siedzibą w Châtillon-le-Duc pod Besançon, podpisał z MGH pięcioletnią umowę licencyjną  z opcją wykupu na eksploatację marki.

To wydarzenie tchnęło w Lipa nowe życie. Strategię działalności oparto o produkcję zegarków nawiązujących do bogatej historii marki. Powstawały reedycje legendarnych zegarków z czasów jej świetności. Plan się powiódł. Marka odżyła. Sprzedaż rosła, a SMB aktywowała klauzulę możliwości wykupu, co nastąpiło w roku 2019, by ostatecznie pięć lat później przejąć pełnię praw do marki.

Obecnie na czele marki stoi Pierre-Alain Bérard (syn Philippe'a), który ma ambicje, by Lip powrócił do rangi “czołowej francuskiej firmy produkującej zegarki” (maison horlogère française de premier rang).

Niewątpliwie w odbudowywaniu pozycji mają pomóc odpowiednie ruchy marketingowe. Jednym z takich posunięć jest między innymi obecność marki w Maison Élysée. To butik i przestrzeń wystawowa znajdująca się naprzeciwko Pałacu Elizejskiego. W budowaniu rozpoznawalności pomaga również zapewne fakt, że model Dauphine upodobał sobie swego czasu francuski prezydent.

Emmanuel Macron nie jest jedyną postacią ze świata polityki, której nadgarstek stanowi marketingowy nośnik marki. Lip bowiem w swej strategii grania znaczonymi kartami postawił na dwie postacie ze świata wielkiej, powojennej polityki. Jedną z nich był późniejszy prezydent V Republiki Francuskiej generał Charles de Gaulle, a drugą człowiek, który w 2002 w plebiscycie organizowanym przez BBC został uznany za najwybitniejszego Brytyjczyka wszech czasów.

 

BRYTYJSKI BULDOG

 

Mowa oczywiście o sir Winstonie Churchillu. To właśnie on w 1948 roku otrzymał z rąk samego Charles'a de Gaulle'a, działającego w imieniu rządu francuskiego złoty egzemplarz zegarka marki Lip w prostokątnej kopercie, którego serce stanowił mechanizm T18. Gest ten był oficjalnym podziękowaniem ze strony francuskiego rządu  za wsparcie Wielkiej Brytanii i jej udział w wyzwoleniu Francji podczas II wojny światowej.

Historyczne modele T18 w prostokątnej kopercie produkowane od 1935 do końca lat 50., były jednymi z najbardziej rozpoznawalnych zegarków naręcznych tego producenta. Mechanizm, od którego nazwy kodowej przyjęto nazwę wszystkich modeli, które napędzał, ceniono za wysoką precyzję i kulturę pracy. Kaliber T18 powstał w 1933 roku i wyróżniał się zastosowaniem tzw. petite seconde, czyli małej sekundy zlokalizowanej na osobnej subtarczy przesuniętej względem osi głównej w kierunku godziny 6. Obecnie producent, nawiązując do wyżej opisanego wydarzenia, oficjalnie stosuje w komunikacji nazwę Churchill, która obejmuje katalog różnych konfiguracji zegarków nawiązujących w swej formie do modelu przekazanego brytyjskiemu premierowi.

 

CHURCHILL T24 i T26

 

Ponieważ w ostatnim czasie zauważyłem spore zainteresowanie zegarkami stanowiącymi tańszą "alternatywę" dla takich klasyków, jak Cartier Tank czy Jaeger-LeCoultre Reverso, postanowiłem zwrócić się do polskiego dystrybutora marki Lip z prośbą o udostępnienie zegarka z linii Churchill, który wydawał mi się bardzo ciekawą i kuszącą propozycją. Dystrybutor nie ograniczył się do przekazania na czas testów jednego zegarka. Ku mojej uciesze otrzymałem dwa egzemplarze – model T24 i T26. Oba utrzymane w tej samej stylistyce, ale o różnej charakterystyce i skierowane do potencjalnie różnych odbiorców. Na pytanie o warunki użytkowania na czas ich pobytu u mnie otrzymałem satysfakcjonującą odpowiedź o treści: “Możesz spokojnie nosić. Testy to testy”. Tak też uczyniłem. Ponadto w trakcie trwania testów została mi przekazana ze strony dystrybutora w formie upominku pomoc dydaktyczna w postaci książki Lip, des heures à conter autorstwa Marie-Pia Coustans. 

Nim przejdę do meritum i przedstawię subiektywną opinię na temat obu czasomierzy pragnę podkreślić, że materiał nie jest sponsorowany, a dystrybutor nie ma żadnego wpływu na treść związaną z moimi odczuciami względem zegarków. 

 

TO SAMO, ALE INACZEJ

 

Linia Churchill obejmuje zarówno zegarki skierowane do pań jak i panów, także te sklasyfikowane jako unisex. Katalog jest dosyć obszerny. Co do zasady linia dzieli się na 2 podstawowe kategorie – T i C. W kategorii T znajdują się zegarki o prostokątnym kształcie koperty skierowane zarówno na męskie, jak i damskie nadgarstki, natomiast kategoria C obejmuje zegarki z kwadratowymi kopertami, które są zdefiniowane jako czasomierze damskie. Zegarki z kategorii T występują w pięciu rozmiarach szerokości kopert – 13, 18, 21, 24 i 26 mm. Kategoria C natomiast to zegarki, których szerokość i wysokość liczy 21 mm. 

 

CZOŁG W CIENIU MNIEJSZEGO KUZYNA

 

Jak już wspomniałem wcześniej, w moje ręce trafiły modele T24 i T26. Chociaż są to zegarki wizualnie tożsame, to jednak różnice pomiędzy nimi sprawiają, że mam na ich temat odmienne zdanie. W zasadzie już teraz mogę zdradzić, że T26 użytkowałem dosłownie przez pół dnia. Z perspektywy mojego nadgarstka okazał się wielkim, i to dosłownie, przegranym w starciu z mniejszym kuzynem. T24, pisząc kolokwialnie, po prostu przykleił mi się do ręki. Zdecydowały o tym gabaryty.

T24, kryjący się pod numerem referencyjnym 671270, charakteryzuje się kopertą o wymiarach 23.5 mm szerokości i 41.5 mm wysokości od ucha do ucha. T26 o numerze referencyjnym 671285 liczy sobie odpowiednio 26 mm szerokości i 46 mm wysokości. Do tego dochodzi wyraźna różnica w grubości obu zegarków. T24 liczy sobie 9.2 mm natomiast w przypadku T26 mamy do czynienia z grubością rzędu 12.5 mm. Tego nie da się nie odczuć i nie zauważyć. T26 w konfrontacji z mniejszymi modelami to dosłownie czołg. Przynajmniej patrząc z perspektywy nadgarstka legitymującego się dosyć okrągłym kształtem i obwodem liczącym między 16.5 a 17 cm. Różnice w parametrach kopert definiuje przede wszystkim rodzaj zastosowanych mechanizmów, o których wspomnę w dalszej części opracowania.

 

KOPERTY i BEZZĘBNY KROKODYL

 

W kwestii jakości wykonania kopert ani nie ma się nad czym zachwycać, ani nie ma się do czego przyczepić. Jest poprawnie. Kopertę zdobią dwa rodzaje wykończenia powierzchni - luneta została wypolerowana na wysoki połysk, natomiast same uszy i boczne powierzchnie zostały potraktowane poziomym szczotkowaniem, przy czym przy tych drugich szlif jest zdecydowanie bardziej agresywny. To połączenie w praktyce daje przyjemną grę świateł. 

Jeśli chodzi o profil koperty, to uszy są krótkie i wygięte w dół dzięki czemu dobrze obejmują nadgarstek zarówno w przypadku T24, jak i jego większego odpowiednika. Profil koperty obu zegarków nieco się różni. Co prawda w obu przypadkach luneta jest zaokrąglona i po delikatnym uskoku zbiega się z “krągłościami” uszu, ale znowuż mechanizm w T26 wpływa na, to że owo przejście nie jest tak płynne i różnica poziomów jest wyraźnie zauważalna. Dodatkowo w T26 dolna krawędź jest delikatnie “podcięta”. Zabieg ten ma na celu umożliwienie w miarę komfortowego operowania koronką. 

Zarówno T24, jak T26 otrzymały ten sam rodzaj paska – skórzany, w ciemnoszarym kolorze z tłoczeniem imitującym fakturę skóry krokodyla. Szerokość przy uszach w przypadku pierwszego wynosi 20 mm i zwęża się do 18 mm przy klamrze, natomiast większy kuzyn otrzymał pasek szerszy przy obu swych końcach o 2 mm. Paski zapina się klasycznie klamerką cierniową w kształcie fali. Klamra jest sygnowana płytko wygrawerowanym laserowo logo marki. Co z jakością samych pasków? Cóż, pierwsze co bym rekomendował po wyjęciu zegarków z pudełka, to ich wymianę na coś lepszego i milszego dla oka. Procedura nie dość, że wpłynie pozytywnie na wizualny odbiór, to do tego nie powinna przysporzyć większych problemów, gdyż zastosowano tu tzw. system quick release, co należy odnotować na plus. Żeby była jasność, to nie są najgorsze paski, jakie okalały mój nadgarstek, ale jednak czuć, że producent między innymi właśnie w tym miejscu ciął koszty. Na szczęście nie uczynił tego tam, gdzie byłoby to widać najbardziej. 

 

ART DÉCO

 

Niewątpliwie tarcza stanowi najmocniejszy punkt obu referencji. Została zaaranżowana tak, by w nowoczesnym stylu oddać charakter wzornictwa nurtu art déco i złożyć hołd swojemu protoplaście. Art déco to przede wszystkim filozofia projektowania oparta o symetrię i geometryczne formy. W takim duchu powstał historyczny model T18, a jego reedycje, choć reinterpretują pierwowzór, to czynią to z poszanowaniem ówczesnej stylistyki, przy czym T24 robi to lepiej. 

O ile w obu modelach baza projektu jest ta sama, to wynikające z różnicy zastosowanych w nich mechanizmów detale znacząco wpływają na to, jak je odbieram. Nim jednak o różnicach, skupmy się na tym, co łączy tarcze obu czasomierzy.

Te podzielono na dwa wpisane w siebie sektory, których powierzchnie zostały udekorowane szlifem satynowym o przeciwnych kierunkach. Zewnętrzną powierzchnię ozdobiono szlifem pionowym, a wewnętrzną, w postaci mniejszego prostokąta, “potraktowano” szlifem poziomym. Zabieg ten zaowocował efektem gry światła, który sprawia, że w zależności od kąta padania oświetlenia sektory naprzemiennie jaśnieją i ciemnieją. Naprawdę z wielką przyjemnością spogląda się na ten spektakl. Zdarzało się, że poruszałem nadgarstkiem tylko po to, by móc nacieszyć oko grą światłocieni tańczących na cyferblacie.

Odbiór potęguje dodatkowo fakt zastosowania wyżej opisanego zabiegu na powierzchniach, które zostały przeznaczone na naniesienie drukowanej podziałki minutowej i sekundowej w T24 oraz minutowej i okalającej okienko datownika w T26. Podziałki te przybrały kształt opisywany w języku francuskim jako chemin de fer, czyli przypominający widziane z góry tory kolejowe. Tarcze uzupełnia nadruk indeksów godzinowych zapisanych w formie cyfr arabskich, logo producenta oraz sygnatura  Besançon France informująca o pochodzeniu zegarków. Model T26 dodatkowo posiada wzmiankę nad oknem datownika o zastosowaniu mechanizmu z automatycznym naciągiem.

Przyglądając się uważniej indeksowi na godzinie siódmej zauważymy pewien smaczek. Zaokrąglenie nóżki to detal, który doskonale pokazuje, że projektant nie pozostał obojętny na szczegół materiału źródłowego. Niby nic, a jednak ma swoją wagę w odbiorze i cieszy oko.

 

LEPSZY SMAK

 

Wróćmy do momentu, w którym stwierdziłem, że detale wpływają na to, jak postrzegam oba modele. Nie dość, że rozmiary koperty w T26 to nie moja bajka, to do tego tarcza w tej wersji wizualnie odstaje od tego, co De Gaulle przekazał “Brytyjskiemu Buldogowi”. Zamiast charakterystycznej małej sekundy mamy dużą, centralnie osadzoną wskazówkę. W odbiorze nie pomaga również to, że na godzinie 6., w miejscu gdzie powinna być ta charakterystyczna mała sekunda pojawiło się okno datownika. Nie byłby to aż tak zły pomysł, gdyby nie to, że datownik jest praktycznie nieczytelny. Miałem olbrzymi problem, aby ustawić datę ponieważ najzwyczajniej w świecie ledwie widziałem przeskakujące na dysku cyfry. Datownik jest po prostu za mały.

Skoro jesteśmy przy ustawianiu, to kilka słów o koronkach. Są bardzo płaskie, cienkie i logowane nazwą marki, co z wizualnego punktu widzenia należy przyjąć za atut. Natomiast z perspektywy użytkowej już takim entuzjastą ich profilu nie jestem. Mam tu zarzut głównie w kontekście modelu T26. Z racji tego, że to automat będziemy dosyć często skazani na operowanie koronką – korekta wskazania czasu i daty może się nam dać we znaki. Miałem wrażenie, że koronka jest zbyt delikatna, a każdorazowe wyciąganie poprzez “wyskubywanie” jej paznokciem któregoś dnia mogłoby się zakończyć niechcianymi odwiedzinami u zegarmistrza.

Jeśli jednak chodzi o kulturę jej pracy, to nie mogę niczego zarzucić w tej materii. Wskazówki płynnie reagowały na każdy jej ruch bez zauważalnych luzów i przeskoków.

Skoro o wskazówkach mowa, to odejście od wskazówek typu stick zastosowanych w protoplaście na rzecz fasetowanych w stylu dauphine w kolorze gun metal uważam za dobre posunięcie. Wskazówki są “mięsiste”, czytelne i ładnie współgrają z powierzchnią tarczy nie gubiąc się na niej bez względu na to, pod jakim kątem je obserwujemy. Pozostało nadmienić, że T26 przez zastosowanie szkła szafirowego zdaje się być, w bezpośrednim zestawieniu z mniejszym kuzynem, nieco bardziej klarowny pod względem odbioru zastosowanej na tarczy srebrno-szarej kolorystyki. Ubolewam, że producent w T24 nie zdecydował się przykryć tafli cyferblatu szkłem szlachetniejszym od mineralnego.

 

JAPOŃSKIE SERCA

 

Wielu zapewne będzie ubolewać również nad tym, że w T24 nie zdecydowano się zaimplementować mechanizmu szlachetniejszego od tego, którego pracę regulują impulsy elektryczne. Pod deklem ukryto bowiem kwarcowy, japoński mechanizm Miyota 1L40. To pozwoliło na zachowanie układu tarczy z pierwowzoru. Nie pozostało także bez wpływu na grubość zegarka oraz jego pozycjonowanie na półkach sklepowych. Mała skacząca sekunda nie rzuca się tak w oczy, tym samym nie powinna zbyt mocno razić tych, którzy zwykli przejawiać objawy "uczulenia" na kwarc.

Co jednak ma w ofercie Lip dla tych, którzy dostają spazmów na samą myśl o istnieniu zegarków na baterie, a chcieliby “Churchilla”? Otóż w modelu T26 zastosowano mechanizm Seiko NH05B. Jest to prosta i budżetowa konstrukcja łożyskowana na 21 kamieniach charakteryzująca się przeciętnymi parametrami. Deklarowana przez producenta odchyłka w dokładności wskazań czasu na poziomie: -35, +55 sekund na dobę, rezerwa chodu przewidziana na ponad 40 godzin, możliwość szybkiej korekty daty i dokręcanie sprężyny z pozycji koronki, to w zasadzie standard jeśli chodzi o mechanizmy oferowane przez japońskiego giganta firmom trzecim. 

Szkoda, że producent nie sięgnął po lepszą konstrukcję. Wydaje się, że można było się pokusić o coś z portfolio citizenowskiej Miyoty. Rozgoryczenie potęgować może fakt, że NH05B nie posiada “stop sekundy”. Nie dość, że dokładność mechanizmu jest taka sobie, to korygowanie odchyłek jest konstrukcyjnie ograniczone. Można co prawda zastosować sztuczkę z cofnięciem sekundnika, czyli tzw. back hacking,  ale nadużywanie tej cwaniackiej metody na dobre mechanizmowi nie wyjdzie.

Nie mam też dobrych wiadomości dla tych, którzy lubią sobie zerknąć przez przeszklony dekiel na pracę mechanizmu. Po pierwsze tu nie ma czego podziwiać, a po drugie możliwość ta została ograniczona do minimum. Producent zamknął bowiem werk pod pełnym deklem z małym okienkiem wyciętym na wysokości balansu. Zarówno w T26, jak i T24 na deklach umieszczono podstawowe informacje, które zwykle są w tym miejscu podawane. Tę, którą warto przytoczyć odnosi się do deklarowanej wodoszczelności, która została określona na poziomie 30 metrów. Mało? Może i mało, ale dla kategorii zegarków eleganckich, moim zdaniem, więcej nie jest potrzebne.

 

KUPIĆ? 

 

Czas spędzony z “Churchillami” szybko minął. Trzy tygodnie użytkowania, to może nie jest zbyt długi okres, ale wydaje mi się, że wystarczający, bym mógł ocenić czy są to zegarki warte uwagi. Konkurencja na rynku jest wszak przeogromna. Wystarczy zerknąć na platformę YouTube w poszukiwaniu materiałów poświęconych alternatywom dla wspomnianych wcześniej klasyków. Czasomierzy podobnych do "Tanka" i "Reverso" nie brakuje na żadnym poziomie cenowym. Każdy znajdzie coś dla siebie i na głębokość swojego portfela.

W przypadku oferty Lipa dostajemy jednak coś, czego wielu producentów nie może nam dać. Lip nie żeruje na podobieństwie do zegarków bardziej popularnych i wyżej cenionych marek (choć takie również w swoim katalogu posiada). Swoją ofertę komunikuje przede wszystkim poprzez nawiązanie do własnych osiągnięć, projektów i historii (jeśli przyjmiemy, że nie będziemy się czepiać braku ciągłości istnienia marki i zmian związanych z jej strukturą właścicielską). Ja to lubię, doceniam i jak już wspomniałem we wstępie robią na mnie wrażenie pewne zagrywki marketingowe.

Nie każdy producent ma możliwość grać talią, która posiada karty zapisane nazwiskami takich osobistości, jak sir Churchill. Komunikacja marketingowa to jednak nie wszystko. To dodatek do produktu, a jak ów wypada moim zdaniem po czasie jaki z nim spędziłem?

T24 to zegarek, który mógłbym posiadać w roli garniturowca. Użytkowało się go z przyjemnością. Idealnie zgrał się z moim nadgarstkiem, nosiło się go komfortowo. Waga i gabaryty sprawiały, że w zasadzie zapomniałem, że mam go na ręce. Bezobsługowość wynikającą z kwarcowego serducha postrzegam jako atut. Już jakiś czas temu przeprosiłem się z zegarkami na baterię. Są dokładne, nie wymagają zbytniej uwagi  i — jak to się przyjęło mówić — są "idiotoodporne". 

Moim zdaniem T24 jest propozycją wartą rozważenia. W kategorii do tysiąca złotych oferuje fenomenalną tarczę, dobre proporcje i ciekawe tło historyczne. Do pełni szczęścia brakuje szkła szafirowego, lepszej jakości paska (choć to akurat żaden problem) i może jednak mniej agresywnego szczotkowania bocznych powierzchni, które kojarzy mi się bardziej ze sportowymi zegarkami.

Co z T26? Jeśli ktoś dysponuje odpowiednio obfitym nadgarstkiem, “sokolim wzrokiem”, twardym paznokciem, będzie potrafił wybaczyć zastosowanie mechanizmu z rodziny NH, bo kwarc go w nadgarstek parzy, to być może odnajdzie w tym zegarku to, czego szuka. Ja poza niewątpliwymi atutami, jakimi są tarcza, szafir i stojąca za linią historia, nie widzę w tym “czołgu” niczego, co mogłoby go predysponować do miana bestsellera marki.

Mogę się jednak mylić, bo być może wśród potencjalnych odbiorców znajdą się tacy, którzy uznają, że to właśnie T26 ze swoimi gabarytami bardziej licuje z postacią Churchilla, z którego przecież był “kawał chłopa”.


BONUS — PODSUMOWANIE SI

 

Łukasz “Gondi” Grządziela 

 

sprawdź Instagram

wejdź na grupę

wyślij maila

~ Johann Wolfgang Goethe

 nie ma wartości równej wartości czasu

 

NASI PARTNERZY: